poniedziałek, 28 grudnia 2009

scared to life


od urodzenia
skazana na śmierć
jestem mała jak
drewniany regał

nigdy
nie słyszałam
jak bije mi serce
ale umiem udawać

umiem
być czymkolwiek kimkolwiek
i obojętnie z kim

sobota, 26 grudnia 2009

Lunatic Soul


Wprawdzie album ukazał się ponad rok temu, w październiku 2008, ale mój zachwyt nad tym projektem nadal utrzymuje się na tym samym poziomie.
Autorem projektu jest Mariusz Duda, basista i wokalista z Riverside. Można zatem było się spodziewać "powtórki z rozrywki". Na szczęście - być może stało się to również dzięki udziałowi znakomitych muzyków z Indukti oraz Quidam - otrzymaliśmy album - prawie koncepcyjny - w zupełnie nowym stylu, choć moim zdaniem całkowicie odseparować tejże muzyki od rocka progresywnego nie można (patrz utwór Lunatic Soul), mimo KOMPLETNEGO braku na płycie gitary elektrycznej i deklaracji Dudy, że materiał nic wspólnego z tym nurtem nie ma. Wystarczy wziąć pod uwagę chociażby sam styl śpiewania Dudy, który od razu nasuwa skojarzenia z wokalem np. Barretta z Pendragon czy Magginiego z Clepsydry, no, i nastrój wykreowany na płycie.
Nieobecność gitary elektrycznej wcale nie zubożyła materiału, królują gitary akustyczne i basowe, również instrumenty perkusyjne mają swój istotny udział, jest fortepian, flet, Duda chwalił się nawet użyciem afrykańskiej kalimby oraz chińskiego quzheng.
Na płycie słychać ambient, sporo progresywnych, folkowych, orientalnych i psychodelicznych brzmień. Inspiracją dla Dudy była twórczość Dead Can Dance, Hedningarny, Petera Gabriela, Briana Eno, Sigur Ros. Na pierwszy "rzut ucha" wydaje się, że od DCD i Hedningarny Duda wziął neofolkowe brzmienia, a Peter Gabriel zaraził go eklektyzmem i wielokulturowością.
Ciekawa jest sama kompozycja płyty: materiał - o stopniowanym napięciu - zamknięty jest klamrą stworzoną z pierwszego i ostatniego utworu, "Prebirth" to jakby kontynuacja "Waiting For The Dawn", koniec jest początkiem, tutaj również w sensie metaforycznym: „To opowieść o podróży w zaświaty i możliwości ponownego narodzenia” – mówi Duda o swoim projekcie.
Wystarczy zapalić świece, założyć słuchawki na uszy i oddać się tej mrocznej podróży do krainy śmierci: "To będzie orientalno-transowo-psychodeliczno-słowno-muzyczna podróż przez mrok gęsty jak smoła, przez który może przejść, albo raczej przepłynąć, tylko… obłąkana dusza" [Mariusz Duda].
Polecam wywiady z Mariuszem Dudą:
Jestem troszeczkę skażony orientalnie
Po raz pierwszy zdany jestem tylko na siebie
O samym projekcie warto poczytać na stronie Lunatic Soul

Krótko mówiąc, jestem pod dużym wrażeniem jakości oraz brzmieniowej różnorodności materiału na tym albumie. Oniryczna, tajemnicza, mroczna, hipnotyzująca, soczysta, poruszająca, taka jest ta muzyka.

Poniżej tytułowy utwór, który wraz z "Out On a Limb" oraz "The Final Truth", należy do moich ulubionych na tej płycie.



A tutaj, w odtwarzaczu Grooveshark, można przesłuchać cały album.

środa, 23 grudnia 2009



firanki zawieszone
pierniczki udekorowane
zupa grzybowa gotowa
karp zastyga w galarecie
sernik czeka na polewę
śledzie zamarynowane
kanapa wyprana
dom posprzątany
choinka ubrana
pasztet skończony
życzenia rozesłane

tylko ten chłód
jest nie do zniesienia

ale "To nic, to nic, powiedziałem sobie, nic nic"*
Święta przecież Święta



*"Moskwa Pietuszki", Wieniedikt Jerofiejew.

sobota, 19 grudnia 2009

life is immense*



mówisz
życie jest zbyt duże

moje jest
ściśnięte jak pięść
co trafiać chce
wciąż w prawy policzek

czas kołem się toczy
zęby przekładni wbijają się w kark
do krwi

ciąży krzyż na krzyżu
gdy dégringolade po równi pochyłej
ściąga mnie tam gdzie moje miejsce
a ci bez winy znów rzucają kamieniami

życie jest zbyt duże
to dlatego wciąż śnię
że tonę




*"Leggenda del pianista sull'oceano [1900: człowiek legenda]", reż. Giuseppe Tornatore

czwartek, 17 grudnia 2009

a jednak czasami
chciałabym nie móc
żyć bez kogoś

sobota, 12 grudnia 2009

Oto stoję przed tobą w deszczu ciała



Eda Ostrowska to poetka mało rozpowszechniana i chyba niedoceniona.
"Oto stoję przed tobą w deszczu ciała" to jej jedyna powieść, wydana w 1983 roku przez Iskry, jednokrotnie, bez wznowień. Szkoda, bo dostęp do tej pozycji jest mocno ograniczony. W uproszczeniu, to "wewnętrzna" historia, pamiętnik narkomanki, uzależnionej od "polskiej heroiny" ze słomy makowej.
Przeczytałam ją, będąc jeszcze w liceum i do tej pory pamiętam ból i rozpacz krzyczące z każdego zdania. Nie jest to typowa powieść, język tej prozy jest wybitnie poetycki, najeżony zmysłowymi metaforami, narkotyczno-onirycznymi wizjami, miejscami jest gonitwą myśli, przypomina pismo automatyczne popularne u francuskich surrealistów.
Eda na zawsze naznaczyła moje widzenie świata. Może dlatego ją pokochałam, bo jest w niej trochę Poświatowskiej, trochę Cendrarsa, trochę Plath...

"12.04.80 r.
Wróciłam, trawa nie obróciła się w zieleń, we krwi rozpacz, nie moja, rozpędzonej planety, nie umiem nazwać czerni w uciekających żyłach - dopóki żyć będę, będę martwa, choć kwiaty będą świtać krwią, choć kwiaty będą rosnąć krwią, choć kwiaty będą pachnieć krwią, malować krwią, śnić krwią, przesuwać ławki, biec... Boże!, ile jest nieb dla kwiatów, a ile dla ludzi?... całować krwią, krwią, krwią, włosy uwodzić w słońcu, chować siebie na uśmiech w ściętej brzozie[...]."

"20.10.80 r.
[...]Czuję się pusta, głębinowa, dudnię i nie widzę innego porozumienia między mną a światem jak poprzez metal i pragnienie chwili.
Mam świat ogromny: łańcuchy górskie przecinają linie papilarne dłoni, chałupki chodzą po proszonym, ale mają w sobie dużo ciepła i niebieskich koralików, za które można kupić wszystkie wsie i bydło, i nadto szczęśliwość białych kwiatów, które z ufnością poddają się wodzie.
W moim świecie Muzyka jest Ciszą, są też symfonie, koncerty i czuby drzew.
Agresja lodówki i nocnego budzika w mój świat jest tak udokumentowana i silna, że paraliżuje uszy, które kochają widzialność, szum drzew w misie żywiołów i niski głos Piotrka, szanujący obrzędową ciszę lasu.
Zaciskam oczy, trzymam się kurczowo zrudziałego kota, a sprzęty, lalki, szpilki, sondy cisną się do porów mego ciała, zagłuszają szum drzew w latrynie aorty.
Rzeczy odbieram jako coś, co chce mnie zniszczyć, wypełnić sobą, zamknąć w lakierze, kształcie buta i połysku.[...]
Jestem z drewna i bodźca, a świat pulsuje, okrutny i agresywny. Boję się, że jeśli tak będzie dalej, ja umrę, a świat skryje się w drzewach i szumieć będzie pastelowo".

"Lublin, ...03.81 r.
[...] Siedzę biała,podłużna, bezmyślna, czuć mnie smutkiem i krzykiem rozkładającego się jeziora. Umieram, obsuwa się ciało, cicho, panicznie, żurawie pikietują niebo, czuję ciężar, bezwład opadających piersi[...]. Umrę i skokiem w dół, w czerwone udręczenie zabiję w sobie już w ustach nie rozbudzone dziecko.[...]"

Słowa Edy zapadają w pamięć, oto ona, obnażona, samotna, rozdrapana krwawiąca rana.

Źródło zdjęć: www.digart.pl

piątek, 11 grudnia 2009

Perfect Sunday Lemon Cake


Mam ochotę na prawdziwy niedzielny poranek.
Taki bez budzika i patrzenia na zegarek. Wstaję, jak już się wyśpię. Najpierw gorąca kąpiel, potem cappuccino i kawałek cytrynowego ciasta.


Najprostsze na Świecie Ciasto Cytrynowe:

Potrzebne:
jedna cytryna, cztery jajka, jedna szklanka cukru pudru, półtorej szklanki mąki, jedna łyżka kisielu cytrynowego w proszku, pół szklanki oleju, łyżeczka sody oczyszczonej, ewentualnie zapach cytrynowy.

Przygotowanie:
Jajka w całości zmiksować z cukrem, dodać olej, zapach, otartą skórkę z całej cytryny, wyciśnięty sok z połówki cytryny, mąkę, kisiel i sodę (albo proszek do pieczenia. Wszystko dokładnie wymieszać i wylać do formy (tortownica około 22 cm średnicy albo keksówka). Do ciasta można wrzucić pokrojone w kostkę jabłka, brzoskwinie albo suszone owoce. Nagrzać piekarnik do 180 stopni i upiec. Upieczone ciasto odstaje od brzegów formy. Podawać z bitą śmietaną i wiórkami gorzkiej czekolady.

W idealną niedzielę musi być czas na nordic po lesie, wytarmoszenie psa i książkę przy kubku zielonej herbaty. A popołudnie...niedzielne popołudnie jest zawsze leniwe i "wytatuowane" poniedziałkiem... Drzemka z kotem na sofie i wieczorny film powinny pozwolić o nim na chwilę zapomnieć.

Zdjęcia - www.strykowski.net

wtorek, 8 grudnia 2009

dead angel



obrastam kurzem
kotami paprochami
nieruchoma jak nagrobek
postawiony dawno marzeniom
o Afryce

wiem
z tobą wszystko byłoby możliwe
może nawet dałabym radę wzdychać
z prawdziwej miłości

nie przecieraj jednak granitowych kantów
niepotrzebne mi ani światło ani uniesienia
ani własne zmartwychwstanie

więc nigdy więcej
nie budź we mnie nadziei

czwartek, 3 grudnia 2009

closer

Nie będzie dobrze.
To nic.

Nie dbam o siebie.

wtorek, 1 grudnia 2009

Wyspy Szczęśliwe - Fuerteventura




"A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu
".
[K.I. Gałczyński]




Islas Canarias nie są trendy: "A po co ty tam lecisz? Tam nic nie ma!"
A przecież są to opisywane w starożytności Wyspy Szczęśliwe - mimo że naznaczone pechową 13, bo tyle właśnie wysepek liczy archipelag - od 2009 roku uznane za rezerwat biosfery UNESCO.
Mnie zaczarowały zwłaszcza dwie, Lanzarote i Fuerteventura, jedna kompletnie inna od drugiej. Ale to na Fuerte chcę wrócić, nie zobaczyłam wszystkiego, czas mi umknął jak we śnie. Znaleźć tu można i słońce i deszcz, morską bryzę i palący żar, wiatr, ocean, góry, wydmy, wulkany, krajobrazy rodem z Marsa albo i końca świata.


Przytulny domek z małym ogródkiem, na śniadanie rozpływający się w ustach jamon, bielutki kozi ser, świeże bułki i marmolada z pomidorów, potem plażowanie na wietrznym, pustynnym, prawie bezludnym wybrzeżu Corralejo, kolorowe żagle kitesurferów, owoce morza i ryby, krwista tagliata z rukolą w restauracji Azzurro w El Cotillo w towarzystwie regionalnego pysznego wina Castillo de Liria , jednym słowem dolce far niente, sangria, wyciszenie, książki, muzyka i krystaliczny szmaragdowy Atlantyk z czarnymi wulkanicznymi klifami, to właśnie moje ulubione wspomnienia, do tego chcę wrócić.

Fuerteventura jest drugą co do wielkości, najrzadziej zaludnioną i najbardziej dziką z Wysp Kanaryjskich, ale mewy są tutaj grubaśne i sprytne, tak jak wesołe bure wiewiórki niedaleko Betancurii, jedzące prosto z ręki.

Półwysep Jandia z Morro Jable to chyba najbardziej "turystyczne" miejsce na wyspie, ale, paradoksalnie, to właśnie niedaleko stąd jest koniec świata - Cofete - dzika pustelnia z opuszczoną osadą, małym zapiaszczonym cmentarzem i złowieszczą białą sylwetką willi Gustava Wintera u podnóża monumentalnych gór.


Brunatne pustkowia urozmaicają samotne wiatraki gofio; Fuerteventura oznacza mniej więcej "silny wiatr". I tak żałuję, że nie zrobiłam tego, co planowałam przed wyjazdem na wyspę: marzyłam o niekończących się wędrówkach po opustoszałych kozich pastwiskach, o wejściu na Tindayę, o zapadnięciu się w biały piasek wydm na Corralejo.

Nie zdążyłam zapisać w sobie Fuerteventury, pozwoliłam jej uciec piaskiem przez palce.

*Autorem większości zdjęć jest Dominik. Dziękuję.
Nie zgadzam się na kopiowanie zdjęć i wykorzystywanie ich w innych mediach i serwisach.